[08] Harry wie, że zadaję się z Draco

Beta: Degausser

Chwila ta trwała jakby w nieskończoność. Cała moja uwaga była skupiona tylko i wyłącznie na starej, czarnej płachcie. Chłopak trzymał w dłoni kawałek materiału, a mnie korciło aby go pogonić, by czym prędzej go w końcu ściągnął. Chciałam już dowiedzieć się, co to za tajemnica jest skrywana w tym jakże dziwnym pomieszczeniu. Draco jednak nie śpieszył się, cały czas wahał się, czy pokazać mi to, co dla niego było tak strasznie ważne. Jednakże uznał chyba w końcu, że skoro pozwolił mi tu wejść, w pewnym sensie zaufał mi, to już nie ma odwrotu. Ściągnął czarny, zakurzony, materiał z tego tajemniczego mebla.
– Szafa? – zapytałam zdziwiona.
Spodziewałam się czegoś w rodzaju starej komody bądź innego rodzaju sprzętu domowego, jednakże nigdy nie przypuszczałabym, że naprawdę będę mieć rację. Nie wyglądała na zwykłą część wyposażenia sypialni, jaką można spotkać w normalnym domu. Była ogromna, zdecydowanie wyższa od Dracona, chociaż on nie należał przecież do osób niskich. Zbudowana została z ciemnego, praktycznie czarnego drewna. Niezwykle zdobiona, znajdowały się na niej przedziwne, może jakieś starożytnoruniczne symbole, których niestety nie byłam w stanie rozszyfrować. Czuć było od niej bijącą magię, mroczną magię.
– Ona... Przecież stała na korytarzu na pierwszym piętrze – dodałam.
Kiedyś nie zwracałam na nią uwagi, mimo że często obok przechodziłam. Brałam ją za zwykłą ozdobę, coś, co ma tylko stać i ładnie wyglądać. Nie wszystko przecież, co znajduje się w Hogwarcie musi być magiczne, więc nigdy zbytnio mnie nie zainteresowała.
Przeniosłam wzrok na Malfoya, a ten jedynie kiwnął głową. Obszedł mebel dookoła, następnie nie zatrzymując się, przeszedł również za moimi plecami. Nie byłam pewna, czy obserwował mnie, czy przyglądał się z fascynacją szafie.
– O co w tym chodzi? – zapytałam cicho.
Skoro Malfoy pofatygował się, aby przenieść ją z pierwszego piętra aż na siódme, to na pewno musiał mieć w tym jakiś cel.
Przez dłuższą chwilę mi nie odpowiadał. Stał oparty o kolumnę podtrzymującą sufit i z założonymi rękoma wpatrywał się we mnie. Do pomieszczenia przez zabite deskami okna wpadały promienie słoneczne, które, przelatując pomiędzy nami, ukazywały, otaczające nasz, malusieńkie drobinki kurzu. Cisza ta trwała wieczność, czas zatrzymał się na chwilę, potęgując uczucie pewnego rodzaju niepewności i zarazem ciekawości. Poczułam gęsią skórkę na karku, dreszczyk emocji przeszył moje ciało.
– Jeżeli mam ci pomóc ją naprawić, to muszę wiedzieć, co to jest – powiedziałam z naciskiem.
– To jest Szafka Zniknięć, która powoduje jakby teleportację przedmiotu z jednego miejsca do drugiego. Takie zajście może wystąpić tylko pomiędzy bliźniaczymi Szafami Zniknięć. Ta jednak – zaczął, wskazując na nią – nie działa zbyt dobrze. Nie ma tego połączenia, a moim zadaniem jest naprawienie jej.
Mój mózg zaczął pracować na wyższych obrotach. Szafa Zniknięć, teleportacja, bliźniacze? Dlaczego miał to naprawić? Jaki był w tym cel? Przygryzłam dolną wargę, ruszyłam z miejsca. Podeszłam do szafy, otworzyłam drzwi, które wydały przy tym dosyć głośny, skrzypiący dźwięk. Po plecach przeszły mi ciarki. Nie lubiłam tego rodzaju odgłosów. Zajrzałam do środka, następnie zamknęłam je. Obeszłam ją dookoła, tak jak to chwilę wcześniej zrobił Draco. W myślach szukałam już zaklęć, które mogłyby nadawać się do takich spraw, nic jednak samo nie wpadało mi do głowy. Musiałam się dowiedzieć więcej o tym wszystkim.
– Ta Szafa Zniknięć też ma swoją bliźniaczkę? – zapytałam. – Gdzie ona się znajduje?
– Nie twój interes – odpowiedział oschle. – Masz mi pomóc ją naprawić i tyle.
Czułam, że więcej się niczego nie dowiem. Nie chciałam jednak dać po sobie poznać, że nie na rękę była mi jego odpowiedź, więc tylko kiwnęłam głową i odwróciłam się do niego plecami. Znów zapadła chwila ciszy. Draconowi chyba bardzo nie podobało się, że tu jestem. Ale przyjął moją propozycję. Zastanawiało mnie, co go do tego skłoniło. Może był bardzo zdesperowany? A może profesor Snape szepnął mu słówko, że mogę być przydatna?
– Zajrzę do biblioteki przy najbliższej okazji, poszukam czegoś na temat tego... czegoś. Jak to działa dokładniej. Myślę, że w dziale ksiąg zakazanych na pewno znajdę coś na ten temat, jeżeli nie natrafię na nic w innych działach – powiedziałam spokojnym głosem. – O pozwolenie zwrócę się do profesora Snape'a albo Slughorna, tak myślę. Nie powinno być problemów. Draco?
Odwróciłam w jego stronę głowę, czując spojrzenie na karku. Przyglądał mi się z zainteresowaniem. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Zawsze pokazywał siebie jako osobę wyższą, pewną siebie, mającą coś do powiedzenia. Czyżby Draco Malfoy miał dwie różne twarze?
– Będziemy się spotykać, gdy będę chciała nad tym popracować, mam ci dać jakoś znać, czy powiesz mi, jak mam się tutaj sama dostać? – zapytałam.
– Poinformuj – odpowiedział tylko.
Kiwnęłam głową. Bez dłuższego zwlekania ruszyłam w stronę drzwi. Słyszałam tylko, jak ciężki materiał opadł na swoje poprzednie miejsce, a kiedy wyszłam z pomieszczenia, Malfoy był już za mną.
– W takim razie do zobaczenia – dodałam.
Malfoy nawet mi nie odpowiedział, odwrócił się na pięcie, zgarnął Crabbe'a i Goyle'a, którzy akurat grali w Eksplodującego Durnia, i zniknął za rogiem.

Siedząc w pokoju wspólnym, nadal rozmyślałam nad tym, co zobaczyłam w dziwnym pomieszczeniu na siódmym piętrze. Najbardziej interesowało mnie to, co to jest za miejsce i jak Draconowi udało się tam dostać. Nigdy wcześniej nie słyszałam o samoistnie pojawiających się drzwiach czy tajnym schowku na tym korytarzu.
– Nad czym tak myślisz?  – zapytała mnie Alice, siedząc obok mnie.
– Właściwie to… słyszałaś coś o tajemniczym pomieszczeniu na siódmym piętrze? – spytałam. – Bo widziałam dwóch piątoklasistów, którzy rozmawiali o spotkaniu tam, wymieniali się jakimiś informacjami. Dziwna sytuacja – dodałam.
Głupio było mi wymyślać takie historyjki, ale musiałam przecież jakoś ukryć przed nią ten fakt. Ufałam jej, naprawdę, ale to była tak ważna sprawa… Poza tym, dałam przecież słowo.
– Tajemnicze pomieszczenie? – zapytała zdziwiona. – Nie mam pojęcia.
– Szkoda, naprawdę mnie to zainteresowało. Wiesz, mogłabyś się tam spokojnie spotykać ze swoim
chłopakiem.  À propos – zaczęłam. – Co tam u Johna?
Alice zmarkotniała na pytanie o chłopaka. Byłam ostatnio trochę nieobecna i czyżby ominęło mnie coś ciekawego? Patrzyłam na nią wyczekująco, mając nadzieję, że wszystko mi opowie, a ta milcząc, zaczęła bawić się skrawkiem swojego swetra.
– No powiedz coś w końcu – ponagliłam ją.
– Jest super i w ogóle, ale zaczął strasznie dużo czasu spędzać na treningach i tam jest taka
szóstoklasistka…
Przerwałam jej, wybuchając śmiechem. Jej ton i to zawstydzenie buchające od niej na kilometr rozwaliło mnie kompletnie. Tego mogłam się spodziewać. Alice Walker nie ma normalnych zmartwień, więc co to za problem samemu je sobie stworzyć? Spojrzała na mnie wściekle, a ja miałam wrażenie, że jej włosy uniosły się, jakby naelektryzowane.
– No bo, proszę cię, czego się spodziewałaś? Skoro gra, to musi trenować. A dziewczyny w drużynach były, są i będą – powiedziałam.
– Nic nie rozumiesz, bo sama nie masz faceta. Nie wiesz, co to za uczucie – wysyczała.
Naprawdę w tym momencie jej jedynym problemem były treningi jej chłopaka? I jakaś dziewczyna w drużnie? Naprawdę ją lubiłam, ale czasami nie miałam na to sił. Co ona mogła wiedzieć o kłopotach, trudnym życiu? Jakiego uczucia nie znałam, zazdrości? Ona za to nie wiedziała jak to jest stracić matkę, miałam większe problemy na głowie, prawdę mówiąc.
– Jeżeli się kochacie, a ty mu ufasz, to nie powinnaś mieć takich myśli – powiedziałam oschle. – A
teraz przepraszam. Idę do biblioteki.
Był już wieczór, kiedy opuściłam pokój wspólny. Kroki skierowałam w dół schodów, następnie udałam się na piąte piętro. Byłam trochę zła, stwierdziłam więc, że zamiast siedzieć tam i nawzajem sobie dogryzać, pójdę porobić coś pożytecznego. I bynajmniej nie miałam tutaj na myśli nauki.
Wchodząc do pomieszczenia, uderzył mnie zapach starych książek. W pewnym sensie bardzo go
lubiłam, dobrze mi się kojarzył. Bardzo dobrze poznanym przeze mnie miejscem był dział z książkami do eliksirów, tam czułam się najlepiej i mogłabym siedzieć przy nich godzinami. Dzisiaj nie były jednak moim priorytetem.
Biblioteka była dosyć duża, każdy dział miał kilka regałów, na nich kilkaset książek, jedne zwykłe,
normalne, inne po otwarciu syczały, strzelały, gryzły czy krzyczały. Te bardziej niebezpieczne były
raczej w dziale ksiąg zakazanych i nieważne jest to, skąd o tym wiedziałam.
Przy stolikach siedziało kilkoro uczniów. Pani Pince zerkała na wszystkich i pilnowała ciszy. Kiwnęłam jej delikatnie na przywitanie, a następnie ruszyłam w poszukiwaniu jakichś informacji. Przede wszystkim chciałam dowiedzieć się, czym tak naprawdę jest ta dziwna szafa. Ale stojąc przed tyloma działami, regałami, książkami nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Wzięłam głębszy wdech i nie mając nic do stracenia, weszłam w pierwszy zaułek. Zielarstwo, na które trafiłam, nie zainteresowało mnie. Tak samo następne choroby magiczne, astronomia, numerologia czy chociażby eliksiry, obok których przeszłam, zerkając z lekkim utęsknieniem. Ile bym dała, aby móc tutaj zostać i zagłębić się w te stare księgi. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że w tym miejscu nie znajduje się to, czego poszukuję. Wiedziałam, że im szybciej odkryję, o co w tym chodzi, tym lepiej. Będę mogła od razu zabrać się do pracy.
Przechodząc pomiędzy regałami, zastanawiałam się, na czym mi bardziej zależy. Na poznaniu prawdy czy na pomocy Malfoyowi, mimo tego, że spodziewałam się, że nie będzie to miało nic wspólnego z dodatkową pracą domową, a pomagając mu, pomagam też tym, którym pomóc bym nie chciała. Ale skoro sam profesor Dumbledore się na to zgodził, to na pewno nie będzie miało to żadnego negatywnego efektu. A przynajmniej taką miałam nadzieję.
 – Naprawa i konserwacja – przeczytałam.
W końcu coś, co mnie zainteresowało. Bez namysłu wzięłam księgę i ruszyłam w stronę stolików.  Była ciężka i gruba, liczyłam jednak na to, że coś w niej znajdę.
– Szafaa… Szz, szafka – mrucząc pod nosem pierwsze litery szukanego przeze mnie wyrazu, przesuwając palcem po spisie treści.
– Szafa zniknięć to magiczny przedmiot umożliwiający podróż pomiędzy dwoma bliźniaczymi szafami – przeczytałam cicho. – Z powodu zaginięcia wszystkich szaf zniknięć nie jesteśmy w stanie podać metody na ich naprawę lub konserwacje. Dla ciekawskich, zachęcamy do zajrzenia do książki „Magiczna teleportacja” autorstwa Rudolfa Magott. Rudolf Magott…
Zamknęłam księgę, odłożyłam ją na miejsce i podeszłam do biurka pani Pince. Była to wysoka i szczupła kobieta, która na głowie często nosiła pięknie przyozdobione kapelusze. Miała trochę koślawy nos i krzywe spojrzenie. Była bardzo miłą kobietą, o ile ktoś potrafił zachować ciszę i spokój w jej bibliotece.
– Przepraszam, poszukuję książki Rudolfa Magott „Magiczna teleportacja” – powiedziałam pewna siebie.
– A czy ma pani zezwolenie na skorzystanie z ksiąg z działu ksiąg zakazanych? – zapytała bibliotekarka.
– To ona tam się znajduje? Nie wiedziałam.
– Skoro nie ma pozwolenia, to nie mogę cię tam wpuścić.
Zagryzłam dolną wargę, rzuciłam ciche dziękuje i odwróciłam się na pięcie, aby po chwili opuścić bibliotekę.
Nie było jeszcze tak strasznie późno, więc ruszyłam schodami w dół w stronę lochów. Chciałam wyciągnąć od mojego ojca pozwolenie na wejście do działu ksiąg zakazanych, ale kiedy byłam już prawie pod jego gabinetem, zawahałam się. Na pewno zaraz zaczęłyby się pytania: a po co mi to, na co mi to, czy ma to coś wspólnego z Draco i tym, co kombinuje. A ja nie chciałam dzielić się informacjami bez całkowitej pewności. Miałam ich informować, no ale… Nie byłam przekonana, czy to do niego na pewno powinnam się w tej sprawie zwrócić.
Obróciłam się i zamiast do gabinetu profesora Snape’a, ruszyłam w stronę pokoju Slughorna. Stary ślimak, jak to na niego mówili Ślizgoni, był niemal zachwycony moimi umiejętnościami. Ciągle jednak mówił o nadzwyczajnie uzdolnionej Hermionie Granger, bo mugolaczka i taki talent. Nigdy nie dostałam zaproszenia też na spotkanie jego klubu, może byłam za nisko urodzona? Kto wie, ale lubiłam tego mężczyznę.
Zapukałam do jego drzwi, w okienku po chwili pojawiła się twarz Slughorna, a mężczyzna, widząc mnie, z szerokim uśmiechem otworzył.
– Pani Waiss. W czym mogę pani pomóc – zapytał.
– Panie profesorze, przepraszam, że nachodzę o tak późnej porze, ale właśnie byłam w bibliotece i pogłębiałam swoją wiedzę na temat eliksirów, wie pan dobrze, jak jestem nimi zafascynowana. Niestety dalsze treści na temat jednego z nich znajdują się w książce, która jest w dziale ksiąg zakazanych. Niestety pani Pince nie chce mnie tam wpuścić bez pozwolenia, czy byłby pan tak miły i…
– Oczywiście! – prawie wykrzyknął Horacy, zapraszając mnie do środka. – A może ja mógłbym ci w czymś pomóc i wyjaśnić?
– Dziękuję, profesorze. Nie chcę jednak zawracać panu tym głowy, na pewno uda mi się samej wszystko zrozumieć. W razie jakiś problemów, wiem, gdzie pana szukać – zapewniłam go.
Slughorn pokiwał kilkakrotnie głową, ruszył w głąb swojego gabinetu. Nigdy tutaj nie byłam, nawet nie wiedziałam, że takie pomieszczenie istnieje. Było bardzo bogato zdobione, zupełnie inaczej, niż u innych nauczycieli. Słyszałam, że profesor uczył już kiedyś w Hogwarcie, czyżby to był jego stary gabinet? Podeszłam bliżej komody, która stała pod ścianą. Na niej ustawione były stare fotografie, a na nich, jak sądzę, byli uczniowie. Ulubieńcy Ślimaka. Mnie z tych wszystkich zdjęć zainteresowało tylko jego.
– Profesorze? – zapytałam. – Ten chłopiec na tym zdjęciu to profesor Snape?
Horacy poszedł bliżej, spojrzał na wskazaną przeze mnie fotografię i uśmiechnął się szeroko.
– Tak, tak. Był bardzo utalentowanym uczniem, genialny z eliksirów. Tak jak jego bliska koleżanka, Lily Evans. Miałem nadzieję, że pójdzie inną drogą, całkowicie poświęci się eliksirom. Wróżyłem mu ogromny sukces, on jednak postanowił zostać w szkole i nauczać. W dodatku upodobał sobie pozycję nauczyciela obrony przed czarną magią.
– Profesor Snape był bardzo dobrym nauczycielem eliksirów – powiedziałam, pierwszy raz od dłuższego czasu pochlebnie wypowiadając się na jego temat.
– Ależ oczywiście, dużo cię nauczył. Jesteś do niego bardzo podobna, masz niesamowity talent. To rzadko spotykane – powiedział. – Twoje pozwolenie.
Wzięłam kartkę papieru, spojrzałam na cienkie pismo nauczyciela, a następnie uśmiechnęłam się do niego. Podziękowałam i opuściłam gabinet.

– Myślisz, że coś podejrzewa? No, wiesz, że Snape jest twoim ojcem – zapytała Alice, kiedy wspólnie siedziałyśmy przed kominkiem, gdy wszyscy poszli już spać.
– Profesor Slughorn? Nie wydaje mi się. On szufladkuje ludzi ze względu na ich status społeczny i umiejętności, bogate rodziny. Na pewno mu przez myśl nie przeszło, że coś może być na rzeczy – odpowiedziałam.
– To czemu nie jesteś w jego klubie?
Na to już nie potrafiłam odpowiedzieć. Czyżby zabrakło dla mnie miejsca, a może byłam zbyt mało wyrazistą postacią, aby mieć swoje miejsce wśród jego kolekcji? Kto wie, co mogło siedzieć w głowie profesora.
Kiedy Alice już poszła, ja powróciłam myślami do całego dzisiejszego dnia. Malfoy, gdy jest sam nie jest wcale taki straszny, miałam wrażenie, że bardzo się przejmuje tym swoim zadaniem i bardzo zależy mu na jego wykonaniu. W pewnym sensie chciałam mu pomóc, czułam, że on tego potrzebuje. Z drugiej strony bałam się. Została jeszcze opcja Harry’ego Pottera, do którego miałam się zbliżyć, a on jak na złość odsuwał się od innych ludzi i cały czas spędzał tylko ze swoimi przyjaciółmi. Musiałam znaleźć jakiś sposób, dyrektor na mnie przecież polega. Jak on to nazwał, od tej misji zależy życie wszystkich czarodziejów.

Następnego dnia po zajęciach nie pobiegłam od razu do biblioteki, aby dostać się do działu ksiąg zakazanych. Mimo że bardzo mnie korciło, to miałam swój rozum i wiedziałam, że najpierw rzeczy ważne, szkolne, a dopiero potem reszta. Chociaż Szafa Zniknięć przez cały dzień krążyła mi po umyśle i nie pozwalała się skupić na obowiązkach.
Szłam korytarzem w lochach, powoli i spokojnie w stronę głównych schodów. Moim planem było pójść do profesora Snape’a. Dużo w nocy przemyślałam i żałowałam, że od razu wczoraj do niego nie poszłam. Nie potrzebnie angażowałam w to Slughorna, na pewno będę musiała później podzielić się fascynującymi informacjami na temat eliksiru, który tak mnie zainteresował, tym samym dodałam sobie jeszcze więcej pracy. Nie skręciłam jednak w odpowiedni korytarz, rzadko uczęszczany. Za plecami słyszałam głosy, jak się okazało Harry’ego, Weasleya i Hermiony. Cóż, są bardzo charakterystyczni i nie trudno ich pomylić. Szli za mną i żywo rozmawiali, chyba nie zwrócili na mnie zbytniej uwagi. Wolałam jednak nie ryzykować.
– Ostatnio zauważyłem, że Malfoy znika z jakiegoś powodu na siódmym piętrze – usłyszałam, a serce szybciej zaczęło mi bić. – Wczoraj jednak, nie był tam sam.
– Nie, a z kim? – zapytała Granger.
– Z Emily Waiss. Dziwne, prawda?
– Znam ją, jest rok starsza od nas. Slughorn o niej opowiadał na ostatnich zajęciach, podobno jest znakomita z eliksirów. Sądzę, że nawet lepsza niż ty, Harry – dodała z lekkim przekąsem.
– Hermiona, ile razy mam ci powtarzać, że robię tylko to, co jest napisane na marginesach tej książki. Bez ciebie przecież pierwszego roku bym nie zdał – zaprotestował Harry.
– No, ja też – dodał Ron.
– Dlatego powinieneś ją oddać – odpowiedziała Granger.
Nie wiem, o czym dalej rozmawiali, serce tak biło mi z wrażenia, że nie zwracając na nich uwagi, skręciłam w stronę gabinetu mojego ojca. Zapukałam do drzwi.
– Harry wie, że zadaję się z Draco – powiedziałam patrząc mu prosto w oczy, kiedy tylko otworzył drzwi.  

***

Rozdział napisany już od dawna i dawno też wrócił od bety. Niestety miałam taki kaprys, by poczekać na nowy szablon. Trafiłam na fajnego bloga, dziewczyna, na nowej szabloniarni robiła bardzo ładne szablony i sobie zamówiłam. Czekam już od miesiąca i cóż, nie wiem czy się w ogóle doczekam. Jak dostanę to wstawię, jak nie, to poszukam gdzieś indziej.
U mnie zawirowania, zaraz sesja, mi się niedługo kończą zajęcia, ale praktycznie cały czerwiec z przerwami na egzaminy mam terenówki. Czyli łażenie po lasach, nad jeziorami etc i zbieranie robali na bezkręgowce i roślin z zalążków. Tak więc czeka mnie ciężki miesiąc. Wątpię, aby pojawił się wtedy nowy rozdział. Proponuje wyczekiwać go w wakacje. O wszystkim będę was informować. Zachęcam do komentowania :D Pozdrawiam i życzę udanej sesji, a reszcie przyjemnych, zbliżających się wakacji.

[07] Prawdę mówiąc, Draco, nie chcę mieć w tobie wroga

 Beta: Katja

Była jesień. Hogwarckie tereny zaczęły zmieniać swój wygląd. Jako pierwsza swoje liście zgubiła Bijąca Wierzba, która jak co roku ogłaszała w ten sposób przyjście nowej pory roku. Od tamtego czasu wszystko przebiegało już prosto. Trawa na błoniach zmieniła swój kolor, przerzedziła się trochę i oczekiwała już na przyjęcie pierwszego śniegu; drzewa przy skraju Zakazanego Lasu powoli zaczęły zmieniać kolor liści i gubić je, tworząc piękny, różnokolorowy dywan, zapraszający do zagłębienia się w tę mroczną część Hogwartu. Coraz rzadziej można było spotkać młodych czarodziejów siedzących na ławeczkach i pniach, wygrzewających się w promieniach słonecznych. Wybierali oni bowiem ciepłe zakamarki pokoi wspólnych, ewentualnie korytarze lub opuszczone sale i rzadko kto bez przymusu wychylał nos za wielkie drzwi. Już schodzenie na dół, do lochów, na lekcje eliksirów, było wielkim wyzwaniem, ponieważ tam temperatura spadła jeszcze bardziej i nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak mamy tam funkcjonować. Gdyby nie palniki pod kociołkami, zapewne zamarzlibyśmy na śmierć albo co gorsza – pochorowalibyśmy się.
W tym roku jesień była sroga, szybko się zaczęła, katując nas dzień w dzień wichurami, deszczem i mgłą. Próżno było szukać słońca na niebie, a jeśli już wychodziło, to z samego rana, na góra kilka godzin. Szybko chowało się za szarymi chmurami, odbierając energię nawet najbardziej pozytywnie nastawionym ludziom.
Był listopad, w Hogwarcie unosiła się jeszcze atmosfera ostatniego Hallowen, ale coraz bardziej zbliżały się świąta Bożego Narodzenia oraz powrot do domu na ferie. Każdy powtarzał już sobie, że byle do grudnia, byle do świąt, byle do wyjazdu. Chociaż tak naprawdę nikt nigdy nie chciał opuszczać murów szkoły na święta, bo w tym miejscu były najmagiczniejszym czasem na świecie.
Ale póki co nadal trał Listopad. Póki co trzeba było skupić się na zajęciach, na lekcjach, które lada chwila miały się rozpocząć. Siedzieliśmy wspólnie ze znajomymi przy jednym ze stołów Krukonów i jedliśmy śniadanie. Przyszedł akurat moment, kiedy sowy wlatywały przez okna w dachu Wielkiej Sali z pocztą dla uczniów. Przed częścią pojawiały się gazety „Proroka Codziennego”, inni znowuż dostawali listy od swoich rodziców. Ja od dłuższego czasu na nic nie czekałam i nawet już się do tego przyzwyczaiłam, dlatego ogromnym zaskoczeniem było dla mnie, gdy przy moim talerzu w tostem usiadła mała puchata sowa.
– A to co? – zapytała zdziwiona Alice z pełnymi ustami.
Nic nie odpowiadając wzięłam liścik z dzioba ptaka, ten jednak nie poczekał na odpowiedź i czym prędzej odleciał. Otworzyłam zawiniątko i przeczytałam jego zawartość.

Dziś po zajęciach w moim gabinecie.

S. Snape.

– A czego on chce znowu? – usłyszałam nad swoim ramieniem.
Nawet nie poczułam, że blondynka zagląda mi do listu. Szybko zwinęłam go w kulkę i schowałam do kieszeni. Wzruszyłam beznamiętnie ramionami.
– Pójdę to się dowiem, ale mam jakieś złe przeczucia – powiedziałam.
Nie wiedziałam, o co mojemu ojcu chodzi. Od dłuższego czasu w ogóle się do mnie nie odzywał, było mi, nie wiem jak jemu, z tym bardzo dobrze, a teraz co? Tak nagle każe mi do siebie przyjść? Też mi coś. Byłam bardzo ciekawa, czego chce, ale też bardzo tym zdziwiona i trochę... zdenerwowana?
– Waiss? Co to za tajemnicze liściki? Od wielbiciela? – usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się, za moimi plecami stał Draco ze swoją wielką świtą. Uniosłam jedną brew i wstałam, byłam od niego starsza, ale trochę niższa. Nie przeszkadzało mi to jednak w mierzeniu się z nim.
– A co? Zazdrosny? – zapytałam złośliwie. – No tak, w końcu kto by wysyłał jakieś listy takiemu pajacowi jak ty. Przecież wszyscy wiedzą, że ty nawet czytać nie potrafisz...
– Nie podskakiwałbym tak, w przeciwieństwie do ciebie ja wiem, do kogo ta sowa należy – odpowiedział mi, następnie odwrócił się i, mówiąc coś do swoich znajomych, odszedł.
– Myślisz, że naprawdę wie? - zapytała Alice.
Spojrzałam na nią i ponownie wzruszyłam ramionami.
– Nie mam pojęcia.

Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem niepewności, czekania i pewnego rodzaju zdenerwowania. Nie bardzo mogłam skupić się na zajęciach, myślami ciągle krążyłam w okolicach gabinetu profesora Snape'a i nie mogłam pozbyć się myśli, że to nie będzie spotkanie na zasadzie „cześć, córeczko, dawno cię nie widziałem”. Co to, to nie. Prędzej by mi nogi centaura wyrosły niż usłyszałabym takie słowa od tego człowieka.
Tuż po dzisiejszych zajęciach swoje kroki skierowałam do lochów. Dziwnie się czułam, tak niepewnie idąc tam i nie wiedząc, z jakiego powodu. Czyżby się ktoś obcy dowiedział o naszym sekrecie? Alice się wygadała i teraz ja mam za to ponieść konsekwencje? Przełknęłam ślinę, będąc już po drzwiami do jego gabinetu, poczekałam, aż korytarz opustoszeje, a następnie zapukałam.
– Wejść – usłyszałam.
Nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu profesor Snape miał towarzystwo.
– Dzień dobry, dyrektorze, profesorze – przywitałam się z nimi.
Nie ukrywałam swojego zaskoczenia. Czyli jednak sprawa była na tyle poważna, że aż został w to wciągnięty sam dyrektor. Strasznie mi się to nie podobało. Profesor Dumbledore jednak nie wyglądał na zdenerwowanego, lekkim skinieniem ręki kazał mi tylko usiąść na krześle przed biurkiem. Wykonałam jego polecenie.
– Cieszę się, że przyszłaś – zaczął.
– Dostałam rano wiadomość, ta sowa należała do pana? – zapytałam, patrząc na Severusa. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
– Na pewno jesteś bardzo ciekawa, czemu poprosiliśmy cię o przybycie – kontynuował dyrektor. - Życie wielu czarodziejów i mugoli jest zagrożone, to, co się dzieje... Nasza przyszłość zależy od nas. I tylko my jesteśmy w stanie ją zmienić.
Słuchałam uważnie. Byłam bardzo zaskoczona słowami Dumbledore'a, wiedziałam, co dzieje się w czarodziejskim świecie, ale nie sądziłam, że cokolwiek z tego mogło mieć coś ze mną wspólnego. Patrzyłam na mężczyznę z zainteresowaniem, czekając na dalsze wyjaśnienia.
– Właściwie to najbliższa przyszłość zależeć będzie od dwóch twoich szkolnych kolegów, Harry'ego i Dracona Malfoya.
– Draco? – zapytałam. – Ale co ja mam z nimi wspólnego?
– Może nie zabrzmi to zbyt dobrze, ale...
– Potrzebujemy szpiega – powiedział krótko i wyraźnie Severus.
Zmarszczyłam brwi. Szpiega? I ja mam być tym szpiegiem? Przecież było tylu czarodziei, którzy mogli mieć w tej wojnie jakieś swoje korzyści, dlaczego nie wykorzystają kogoś innego?
– Ponieważ jesteś moją córką i to na tobie ciąży ta odpowiedzialność – odpowiedział mój ojciec tak, jakby czytał mi przed chwilą w myślach.
– Co mam zrobić? – zapytałam niepewnie.
Profesor Dumbledore uśmiechnął się nieznacznie, podszedł do mnie i położył dłoń na ramieniu. Ścisnął je delikatnie tak, jakby starał się dodać mi otuchy. Od razu zrobiło się jakoś przyjemniej na sercu.
– Musisz zbliżyć się do Harry'ego oraz do Dracona, ale tak, aby jeden o drugim się nie dowiedzieli. Dracona masz pilnować, aby wszystkie swoje zadania wykonywał poprawnie. Gdy się do niego zbliżysz, na pewno je poznasz.
– A co z Potterem? – spojrzałam na dyrektora.
– Dowiaduj się, co ma w planach, o czym myśli i co na ten temat sądzi, potem przychodź z tym do mnie. Muszę mieć pewność, że nic nie zawiedzie. Od tego zależy życie wszystkich czarodziejów.

Idąc korytarzem, nadal myślałam na temat tego, czego się dzisiaj dowiedziałam. Dziwne, że to właśnie mnie przypadło to zadanie. Ale czy to nie oznaczało, że mój ojciec mi ufa? Chociaż równie dobrze mogli mnie wybrać na polecenie dyrektora. Dlaczego to musiało być tak skomplikowane?
W pewnej chwili kątem oka zauważyłam coś dziwnego co śmignęło po korytarzu. Rozejrzałam się, bo wydawało mi się, że jestem tutaj całkiem sama. Uznałam jednak, że po prostu mi się przewidziało, odwróciłam się, by ruszyć dalej, przede mną jednak stanął Draco Malfoy. Przypadek? – pomyślałam.
– Śledziłeś mnie? – zapytałam, chociaż nie oczekiwałam odpowiedzi.
– To już któryś raz gdy znikasz w gabinecie Snape'a, czyżby wielka mistrzyni eliksirów potrzebowała pomocy, bo stary Slughorn za mało tłumaczy?
Zmrużyłam oczy. Uderzał w czuły punkt, ale ja nie mogłam pozwolić sobie na wybuch teraz. Patrzyłam na jego cwany uśmieszek, wzięłam głębszy wdech.
– Można tak powiedzieć... chociaż nasze spotkania nie polegają na ważeniu eliksirów.
Sama nie wiedziałam, co mówię, słowa jakby same wychodziły z moich ust. To spotkanie – coś czułam, że nie było kompletnie przypadkowe, a Draco węszy już od dłuższego czasu. Nie mogłam go zniechęcić, przecież miałam się zbliżyć.
– Prawdę mówiąc, Draco, nie chcę mieć w tobie wroga – zaczęłam, robiąc krok do przodu.– Mam takie same poglądy, jak ty, twoja rodzina, profesor Snape mi to uzmysłowił. Mogę ci pomóc, Czarny Pan się nie dowie. Wszystkie zasługi przypadną tobie...
Nie wiedziałam, jak chłopak na to zareaguje. Po jego mimice widać było jednak, że bardzo go zaskoczyłam. Przybliżyłam się jeszcze trochę. Spojrzałam mu w oczy. Miały piękny szary odcień. Jeśli tak na niego spojrzeć, był bardzo przystojnym już mężczyzną. Żal mi się go zrobiło, że musiał robić coś takiego.
– Czego chcesz? Skąd wiesz? – zapytał ze złością.
– Sam powiedziałeś, że często spotykam się z profesorem Snapem. Naprawdę myślałeś, że ważymy tam eliksiry? Wprowadza mnie w wasz świat i chce, abym ci pomogła. Zrozum, gdyby on miałby ci pomagać, ten stary głupiec – powiedziałam, na chwilę się zatrzymując, źle czułam się, mówiąc tak o Dumbledorze – mógłby się czegoś domyślić. Mnie nikt nie będzie podejrzewać...
Chłopak odsunął się ode mnie. Obrócił się na pięcie i czym szybciej odszedł. Stałam przez kilka chwil w miejscu. Nie do końca wiedziałam, czy na pewno dobrze zrobiłam, ale nie mogłam stracić tej szansy. W końcu kto wie, czy miałabym jeszcze okazję spędzić z nim chwilę sam na sam? Będę musiała go obserwować i czekać na odpowiedź. Dyrektor stwierdził, że to podziała. Miałam nadzieję, że miał rację.
Kiedy wróciłam do pokoju wspólnego, Alice już na mnie czekała. Liczyła na to, że coś jej opowiem, a ja obiecałam, że nikomu nie pisnę słówka. Nie mogłam zdradzić obietnicy danej dyrektorowi.
– I jak? Co chciał? – zapytała.
– Chodziło o eliksiry, stwierdził po rozmowie z profesorem Slughornem, że będzie prowadzić ze mną... e.... dodatkowe lekcje. I wiesz, będę musiała do niego co jakiś czas iść – powiedziałam, zmyślając na poczekaniu.
– I mówisz to z takim spokojem? – spojrzała na mnie zdziwiona.
– Niedługo mamy egzaminy, dodatkowe lekcje mi się przydadzą.
Wzruszyłam ramionami i rozsiadłam się w fotelu z zamiarem zrobienia prac domowych, moje myśli krążyły jednak hen, hen daleko.

Nie musiałam długo czekać na reakcję Dracona. Już w najbliższy weekend dostałam od niego sowę z prośbą o spotkanie na siódmym piętrze. Wymknęłam się o określonej godzinie z pokoju wspólnego Krukonów, Alice i tak tego nie zauważyła, bo była zajęta swoim nowym chłopakiem. Swoją drogą, był on tępy jak but. Sama nie wiedziałam, jak ogarniał zasady Quidditcha i przechodził z klasy do klasy.
Na siódmym piętrze Malfoy czekał na mnie przed jakąś pustą ścianą. Starałam się nie okazywać przy nim jakiś większych emocji, nie chciałam go spłoszyć, w końcu zależało mi na jego zaufaniu.
 – Jednak zrozumiałeś, że moja pomoc jest ci potrzebna – powiedziałam.
Nie odpowiedział mi jednak. Zmarszczył tylko czoło i zacisnął pięści. Chyba nie bardzo podobało mu się to, że musi na kimś polegać. A może bał się, że go zdradzę?
– Jeśli ktokolwiek się dowie, zabije cię – usłyszałam.
– Nie martw się, masz moje słowo – odpowiedziałam mu na to.
Chłopak jakby się uspokoił. Zrobił kilka kroków wokół ściany, nie wiedziałam, o co mu chodzi. Nagle usłyszałam dziwny dźwięk, kamień obok mnie zaczął się wypiętrzać i zamieniać w wielkie, drewniane drzwi, których nigdy wcześniej tutaj nie było. Patrzyłam na to z szeroko otwartymi oczyma. Nie zapytałam jednak, co to jest i jak to zrobił. Prawdopodobnie i tak by mi nie odpowiedział.
Wszedł do środka, a ja weszłam za nim. Pomieszczenie zawalone było różnymi przedmiotami. Od kufrów, klatek, książek, po wielkie lustra, lampy, szafy i komody. Sądzę, że gdybym szukała tu na przykład zapasowej różdżki czy starej księgi, na pewno bym ją znalazła. Znajdowało się tu chyba wszystko.
Draco szedł dalej, drzwi za nami zamknęły się. Udało mi się dostrzec jeszcze dwóch kumpli Malfoya, którzy zostali na zewnątrz. Podążyłam za blondynem. Znalazłam go przed jakimś starym, dużym, zakrytym meblem, a on stał, trzymając w ręce kawałek materiału i zastanawiając się, czy go odsłonić, czy nie.


***

I o to przyszłam do was z nowym rozdziałem. Pisałam go chyba przez pół roku, z czego ostatnio musiałam zaczynać od nowa, ponieważ to co miałam usunęłam wraz z przenosinami na nowy komputer. Mądra ja.
Przepraszam, że musieliście tyle czekać. Nawet się nie spodziewałam, że studia tak strasznie pochłoną moją uwagę. Mam problem, aby wyrabiać się z graniem na forum, pisać mi się potem już zupełnie nie chce. Nie wiem kiedy będzie kolejny rozdział, pewnie jakoś w przyszłym roku, na początku, mam nadzieję.
Akcję trochę przyśpieszyłam, mam nadzieję, że wyszło dobrze, w końcu doszliśmy do momentu w którym coś zaczyna się dziać, wszystko powoli się rozwija. Liczę na to, że wam się spodoba. 
Standardowo liczę na wasze komentarze, opinie, znajdziecie jakiś błąd to mówcie. Zawsze poprawię :)
 

[06] Pierwszy raz poczułam się chociaż trochę szczęśliwsza

Beta: Arcenciel

Pierwszy września zbliżał się dość powoli. Moje dni w Londynie ciągle wyglądały tak samo, śniadanie, potem gdzieś wychodziłam, siedziałam najczęściej na ulicy Pokątnej i obserwowałam ludzi. Zastanawiałam się, jak wyglądało ich życie, czy też było tak skomplikowane jak moje, czy tylko u mnie wystąpiły tak okropne zawirowania. Siedziałam tylko i rozmyślałam. Przez cały miesiąc nie miałam co ze sobą zrobić, ale i tak było to lepsze niż siedzenie w zamknięciu. Tu przynajmniej mogłam wychodzić, starać się żyć normalnie i chociaż na trochę zapomnieć.
Na pociąg się nie śpieszyłam, nie wiem dlaczego. Zawsze nie mogłam doczekać się wyjazdu do swojego drugiego domu. Tym razem było inaczej. Może przerażał mnie fakt, że będę musiała spędzać czas na lekcjach ze swoim ojcem? Albo bałam się, że wszyscy się dowiedzą? W sumie, to sama nie wiedziałam o co mi chodziło.
Z Dziurawego Kotła na King's Cross było dosyć blisko, wyszłam więc po dziesiątej i piechotką ruszyłam w stronę centrum. Po wejściu na dworzec przystanęłam i rozejrzałam się dokładnie. Nic w ciągu ostatnich dwóch miesięcy się nie zmieniło, tłum ludzi szedł w jedną lub drugą stronę, było trochę brudno, słyszałam gruchanie gołębi. Westchnęłam cicho i ruszyłam w stronę peronów dziewiątego i dziesiątego. Spotkałam tam sporo znajomych ludzi, witałam się, uśmiechałam, ale szybko mijałam ich, nie mając ochoty patrzeć na te radosne twarze. Oparłam się, jakby od niechcenia, o ścianę i przeszłam momentalnie, znajdując się po magicznej stronie dworca. Miejsce to niespecjalnie różniło się od części niemagicznej, takie same szare ściany, identycznego koloru posadzka, nawet ławki niczym się nie wyróżniały. Wielka, czarno-czerwona lokomotywa stała już rozgrzana przy peronie i czekała gotowa do pracy. Ruszyłam w stronę jednego z wagonów, weszłam do środka, a potem zajęłam pierwszy z brzegu pusty przedział.
Usiadłam na swoje ulubione miejsce przy oknie, patrzyłam w bok na szyby oddzielające przedział od przejścia, i dalej na ludzi, którzy powoli zbierali się na peronie. Widziałam dzieci, które żegnały się z rodzicami, jadąc zapewne na swój pierwszy rok w Hogwarcie. Widziałam znajomych z innych domów, kilka razy ktoś próbował przysiąść się do mnie, ale widząc mój wyraz twarzy, szybko się wycofywał, zamykając za sobą drzwi. Czułam okropny ból i smutek, samotność przeszywała mnie na wylot i mimo że miałam swoją kochaną Alice, to czułam, że nie pomoże mi ona tak, jak bym tego chciała.
Bardzo długo siedziałam sama, pociąg zdążył już ruszyć i dawno opuścić stację King's Cross, nim moja przyjaciółka wpadła do pomieszczenia. Obserwowałam ją, żegnała się z koleżankami przed drzwiami, które szły w stronę innego przedziału. Kiedy weszła do środka, na jej twarzy gościł szeroki uśmiech, a policzki spowite były rumieńcem.
—  Nawet nie wiesz, co się stało! — zawołała od progu, siadając tuż obok mnie.
Była cała podekscytowana, ręce latały jej na prawo i lewo, ciągle poprawiała grzywkę i potrząsała nogami. Spojrzałam na nią zdziwiona, nie za bardzo wiedząc, o co jej chodzi. Jak ona mogła się tak cieszyć, kiedy ja tu przeżywałam tragedię?
— Zgadnij, kto mnie złapał na peronie i zaprosił do siebie do przedziału? John Wecker! — krzyknęła uradowana, ściskając sobie policzki. — Powiedział, że miło mnie widzieć, bardzo się stęsknił i czy nie chcę jechać razem z nim!
— Nasz obrońca? — zapytałam, na co Alice odpowiedziała kiwnięciem głowy. — Trzeba było się zgodzić.
— No coś ty! Przecież zawsze jadę z tobą!
Prychnęłam cicho i odwróciłam głowę, patrzyłam przed siebie na uciekający krajobraz za oknem. Widziałam w nim odbicie przyjaciółki, jej uśmiech zszedł z twarzy, patrzyła na mnie, marszcząc brwi, by potem odsunąć się, oprzeć o oparcie i zająć się sobą. Obserwowałam ją przez dłuższą chwilę, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Widziałam, jak rozmarzona patrzyła przed siebie, co jakiś czas delikatnie się uśmiechając, jak zakręcała kosmyki włosów na palce, a potem szukała na nich rozdwojonych końcówek. Nie odzywała się, ale nie przeszkadzało mi to. Może to i lepiej.
Dzisiaj byłam drażliwa.
Przez połowę podróży praktycznie nie ruszałam się w ogóle, ale jakoś nie przejmowałam się skostniałą szyją, którą zapewne nie będę mogła ruszyć. Siedziałam z zamkniętymi oczami pogrążona we własnych przemyśleniach. Alice w pomieszczeniu nie było, kilka razy próbowała mnie zagadać, w końcu się wkurzyła, wyszła i do tej pory nie wróciła. Nie rozumiałam jej. Przecież wiedziała jaką mam sytuację, naprawdę myślała, że będę skakać z nią z radości, że jakiś osiłek za nią lata? Moja przyjaciółka czasami wydawała się kompletnie głupia.
Do Hogwartu dojechaliśmy niebawem, chwilę wcześniej Walker wróciła. Przebrałyśmy się w ciszy, ale widziałam po niej, że walczy ze sobą, aby nie opowiedzieć mi tego, co się przez ostatnich kilka godzin działo. Była jednak obrażona i nie miała zamiaru odezwać się pierwsza. Ja w sumie też nie. Wysiadłyśmy obie z pociągu i ruszyłyśmy w stronę powozów.
— Pierwszoroczni! Pierwszoroczni tutaj! — usłyszałam znajomy głos i dokładnie przypomniało mi się, kiedy to ja pierwszy raz przyjechałam do zamku.
Pamiętam, jakby to było wczoraj, nasz gajowy zawołał nas do siebie, płynęliśmy wtedy łódkami przez jezioro i oczywiście nie obyło się bez żadnego wypadku. I naturalnie spotkało to mnie. Akurat gdy wysiadałam na brzeg, jakiś przyszły Ślizgon, jak to się potem okazało, popchnął, niby niechcący, moją łódkę i na pierwsze rozpoczęcie szłam cała mokra.
Pogoda w Hogsmeade nie była dzisiaj najlepsza. W Londynie świeciło ładne słońce, tu wiał zimny wiatr i chyba zapowiadało się na deszcz. Idealnie odwzorowanie mojego nastroju. Przygnębiona patrzyłam na Hoogwart wyłaniający się zza lasu, ale jakoś nie potrafiłam się cieszyć. Oczywiście był piękny i można by było nad jego wyglądem wzdychać bez końca, jednak teraz nie wywoływał we mnie żadnych emocji, w moim życiu przecież wszystko się zmieniło.
Byłam dzisiaj jakaś zamroczona, nie ogarniałam, co się ze mną dzieje i nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się już w Wielkiej Sali. W powietrzu unosił się specyficzny zapach, który zadziałał na mnie jakoś... uspokajająco. Poczułam się bezpiecznie i jak u siebie. Gdybym mogła, nie ruszyłabym się z miejsca ani o milimetr. Niestety, zgraja maluchów akurat wpadła do środka, więc chcąc nie chcąc, musiałam iść w stronę stołu Krukonów. Kiedy zasiadłam, mój wzrok automatycznie spoczął na gronie nauczycielskim. Siedział już przy nim Snape i patrzył się na mnie swoim zimnym wzrokiem. Aż ciarki mnie przeszły i przy okazji ogarnęła ta sama złość, która targała mną przez cały czas, kiedy byłam u niego w domu. Będąc w Wielkiej Sali, czułam się tak pewnie, że odwzajemniłam mu się równie nieprzyjemnym spojrzeniem, którego niestety po chwili żałowałam. Miałam wrażenie, że się zdenerwował, a ja nie powinnam była tak robić. Bądź co bądź to mój nauczyciel. Stwierdziłam, że najlepiej zrobię, jak spuszczę głowę i w ogóle nie będę na niego patrzeć. Póki co było to łatwe, siedzieliśmy spory kawałek od siebie, w dodatku otoczona byłam innymi ludźmi, którymi mogłam się zająć... nie wiedziałam co to będzie na lekcji.
Siedziałam tak dość sporo czasu, Tiara zdążyła odśpiewać swoją coroczną piosenkę, przydzielić uczniów do domu, a dyrektor wygłosić uroczystą mowę. Uniosłam głowę dopiero, kiedy ogłoszone zostało, że miejsce nauczyciela eliksirów obejmuje niejaki Horacy Slughorn. Wszyscy spojrzeli po sobie, ponieważ to oznaczało tylko jedno.
— Coś jest nie tak — powiedziała Megan, rok młodsza od nas Krukonka. — To znaczy, że profesor Snape odchodzi?
— Jak może odejść, skoro siedzi przy stole. Pomyślałaś trochę? — zapytała Alice.
— Jak na moje, to profesor Snape objął w końcu swoje wymarzone stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią — powiedziałam w końcu, znów patrząc na niego.
W tym samym momencie przemówienie skończyło się, a dyrektor życzył nam udanej uczty. Już po chwili praktycznie wszyscy siedzący przy stole zajęli się jedzeniem. Mnie również ogrom tych pyszności wręcz powalił na kolana. Miałam już dość tej samej jajecznicy na śniadanie i kanapki z serem na kolacje serwowanej przez pracowników Dziurawego Kotła. Te mięsa, sałatki, napoje pochłonęły mnie bez reszty. Nawet Alice się trochę rozchmurzyła i odezwała do mnie. Prawdę mówiąc, pierwszy raz od dwóch miesięcy poczułam się chociaż trochę szczęśliwsza. Może teraz już będzie tylko lepiej?
Uczta trwała zadziwiająco długo jak na rozpoczęcie roku, rozmowy i śmiechy nie miały końca, ale przecież nie mogliśmy siedzieć przy ławach do białego rana. W końcu od następnego dnia solidna nauka. Kiedy już powoli zbieraliśmy się do wyjścia, podszedł do mnie Draco Malfoy ze swoją zgrają grubasów i Pansy uczepioną na ramieniu.
— Ej, Waiss — zaczą — profesor Snape kazał ci przekazać, żebyś przyszła do jego gabinetu po kolacji.
— Ahaaaa... Coś jeszcze? — zapytałam, patrząc na niego i lekko unosząc brew.
— Jesteś tak durna, że potrzebujesz korków już od początku roku? — Na jego pytanie cała Ślizgońska obstawa wybuchła durnowatym śmiechem, a ja tylko wzięłam głębszy oddech, by mu przypadkiem nie przywalić talerzem.
— Nie twoja sprawa, Malfoy. Zajmij się lepiej czubkiem własnego nosa, czyli jedyną rzeczą, która ci tak naprawdę wychodzi — odpowiedziałam, następnie odwróciłam się na pięcie i wraz z przyjaciółką wyszłam z Wielkiej Sali. Prawie się zagalopowałam i poszłam schodami na górę, a przecież powinnam schodzić. Zatrzymałam się na środku schodów i uderzyłam otwartą ręką w czoło.
— Co? — zapytała zaskoczona Alice.
— No przecież ja muszę do niego iść...
— Iść z tobą? — Dziewczyna zeszła o kilka schodków i podeszła do mnie.
— Nie, nie, spotkamy się w dormitorium — powiedziałam i szybko zaczęłam schodzić.
Nie spodziewałam się tego, nie wiedziałam, że od razu poprosi mnie do siebie. Dziwnie się czułam, ściskało mnie w żołądku. Nie wiedziałam czy to ze strachu, czy z nerwów, nie miałam pojęcia jak mam się do niego zwracać, czy panie profesorze czy tato... a może ojcze?
Prychnęłam pod nosem. Jeszcze czego. Jakimś starym tchórzem będę się przejmować. Kiedy doszłam do jego gabinetu, przystanęłam na chwilę, wzięłam głębszy wdech i zapukałam.
— Proszę — odpowiedział mi ze środka.
Nacisnęłam więc na klamkę i weszłam do gabinetu. Pomieszczenie to nie wyglądało zbyt zachęcająco. Czułam stęchliznę, było tu strasznie ciemno i ponuro. Na biurku panował porządek, może dlatego, że był początek roku i mój ojciec nie zdążył jeszcze się ponownie zaaklimatyzować w swoich lochach. Co jak co, jakbym nie spędziła z nim miesiąca w jego własnym domu, to nigdy bym nie uwierzyła, że mieszka gdzieś indziej niż tylko pod ziemią, a jego mieszkanie nie wygląda jak ta zatęchła nora.
— Chciałeś mnie widzieć? — zapytałam, zamykając za sobą drzwi.
— Panie profesorze. Przypominam ci, że w szkole jestem twoim nauczycielem — powiedział, a następnie spojrzał na mnie. — Tak, poprosiłem cię tu, ponieważ mamy do omówienia kilka kwestii.
Tego mogłam się spodziewać, przecież nie widział mnie od miesiąca, logiczne było, że musiałam usłyszeć od niego kilka słów, przede wszystkim będą to zapewne zakazy i pouczenia, ale cóż mogłam poradzić? Kiwnęłam tylko głową, czekając aż zacznie.
— Przede wszystkim jestem dla ciebie panem profesorem — rozpoczął dość łagodnie jak na siebie. — Po drugie, chyba nie muszę ci mówić, że zabraniam ci informować kogokolwiek o tym, co nas łączy? Mam nadzieję, że nikt o tym nie wie?
Spojrzał mi prosto w oczy, oczekiwał odpowiedzi, a ja nie wiedziałam co zrobić. W końcu powiedziałam już o tym Alice. Zacisnęłam usta w prostą linię.
— Nikt, zresztą nie ma się czym chwalić — odpowiedziałam mu najpewniej, jak umiałam.
— Po trzecie — kontynuował — jakby ktoś pytał, to byłaś u mnie po książę do eliksirów. A teraz proszę cię o udanie się do swojego dormitorium. I pamiętaj, będę mieć na ciebie oko.
Kiwnęłam głową, wzięłam książkę, którą mi dał. Miała tytuł Eliksiry dla zaawansowanych. Wycofałam się kilka kroków, by następnie otworzyć drzwi. Zatrzymałam się jednak w połowie.
— Profesorze — zaczęłam, ale nie słysząc żadnej reakcji, kontynuowałam. — Obejmuje teraz pan stanowisko po profesor Umbridge? Wie pan, że mówi się, że jest ono przeklęte?
— Dobranoc, panno Waiss.


Szłam po spiralnych schodach prowadzących do wieży, a potem wraz z innymi uczniami weszłam do pokoju wspólnego. Alice czekała na mnie przed kominkiem. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Tak dawno mnie tutaj nie było, ale jak co roku kompletnie nic się nie zmieniło. Podeszłam do przyjaciółki, spojrzałam na nią. Dookoła nas było pełno ludzi, niemądrze byłoby rozmawiać z nią o takich sprawach w ich obecności, w dodatku nie mieli prawa o tym wiedzieć.
— Dormitorium wolne? — zapytałam, Alice jednak pokręciła głową. — To chodź...
Wspólnie wyszłyśmy z pokoju i tym samym ruszyłyśmy schodami w dół. Było jeszcze sporo czasu do ciszy nocnej, mogłyśmy więc przebywać na korytarzu.
— Co masz w ręce? — zapytała blondynka.
— Oficjalnie byłam po książkę od eliksirów — odpowiedziałam, machając nią w powietrzu.
W sumie nie wiedziałam po co mi dwie książki, może nowy profesor będzie ją chciał i da komuś, kto się w potrzebne podręczniki nie zaopatrzył. Weszłyśmy do jakiejś opuszczonej sali, a potem zaklęciem zamknęłam drzwi.
— Co chciał? — spytała Alice, siadając tuż obok mnie w ławce.
— Omówić kilka spraw. Dumnie obwieścił mi, że mam się do niego zwracać per „panie profesorze”, potem zapytał, czy komuś nie powiedziałam... Spojrzał na mnie, jakby chciał we mnie wejść i przeczytać mi myśli — zaczęłam — naprawdę dziwne uczucie. W ogóle nie skomentował tego, co mu powiedziałam, a za miłe to to nie było. Mam nadzieję, że nikt się nie dowie, że ty wiesz?
Alice pokręciła tylko głową, miałam do niej zaufanie i wiedziałam, że nikomu się nie wygada. Spojrzałam na nią, przygryzłam dolną wargę i przytuliłam się do niej.
— Przepraszam za rano, byłam tym wszystkim tak zdenerwowana. To jest dla mnie naprawdę trudna sytuacja — powiedziałam cicho, nie chciałam by się na mnie gniewała.
— Nic się nie stało, rozumiem — odpowiedziała przyjemnym głosem. — Co teraz będzie? No wiesz, ze Snape'em?
— Nie wiem... Póki co relacje uczeń-nauczyciel. I szczerze? Mam nadzieję, że właśnie tak pozostanie.

***

Witam was po długiej, długiej, naprawdę dłuuugiej przerwie. Jestę studentę, że tak powiem. Matura zdana (na szczęście), na studia się dostałam (nie te co bym najbardziej chciała, ale no cóż...) więc dodaję wam rozdział. Długo to trwało, Katja nie mogła się tym zająć, poszło więc do kogoś innego i tam też czekałam. W końcu jednak już jest, za co bardzo dziękuje :)
Uprzedzam, że nie wiem czy wam się spodoba. Pisałam go chyba z pół roku, tak więc wiecie ;P Mam nadzieję jednak, że jest ok i was zadowoli :) 
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i miłych wakacji :)


EDIT 11.08 : Kochani, jak widzicie jakieś błędy, to mi mówcie. Niestety jestem człowiekiem, każda beta ma inne systemy sprawdzania, a ja przyzwyczajona do Katji miałam problemy z nowym sposobem, przez co dosyć sporo ominęłam. Ale to nie powód, aby lecieć z negatywnym komentarzem do Arcenciel'a. Więc jeśli następnym razem coś takiego się wydarzy, to proszę z tym do mnie. Ja za wytknięcie mi błędów nie ugryzę. O ile będą uzasadnione ;)

Sowa trzecia

Witam was kochani, przychodzę z kolejną garstką informacji. Maturkę mam napisaną, ustne zdane, teraz czekać do końca czerwca na wyniki. Póki co mam wakacje, więc tak jak zamierzałam, mam zamiar skupić się na blogu. Ankieta zakończona, według większości powinnam spróbować dokończyć tą historię. I tak też właśnie zrobię... 
Zaznaczam jednak, żebyście liczyli się z tym, że tak długa przerwa od pisania i skupienie się raczej na dość ścisłych przedmiotach, nie pomogła w rozwijaniu mojej wyobraźni, a pomysły które miałam, poszły się już dawno kochać. Nie wiem jak to wyjdzie, nie wiem co z tego wyjdzie i jeśli będzie mi się źle pisało i będę miała z tym opowiadaniem problemy, to z nim skończe i zamiast tego rozpocznę coś nowego. Nie jestem masochistką, nie lubię się meczyć i dołować, że coś mi nie wychodzi. No przepraszam :)
Ale postaram się coś z tego wyskrobać, może jednak źle myślę i ta przerwa wcale nie wyszła mi na gorsze. Zobaczymy jak zacznę, myślę, że niedługo coś tu powinno się pojawić w tej kwestii. Będę was informować na chacie na blogu. 
Muszę też zagadać do swojej bety czy nadal się tym zajmuje i będzie chciała dalej mnie poprawiać, no i może też nowy szablon, jeżeli wyjdzie mi coś z następnego rozdziału i będę miała pomysły na kolejne? No zobaczymy.
Póki co, życzę wam udanego końca roku szkolnego, a ci co mają już wakację tak jak ja, to miłej zabawy ;P

Sowa druga

Postanowiłam coś napisać, ponieważ od dawien dawna nic się tu nie pojawiło. Jak część z was wie (albo i nie) niedługo mam maturę, zrobiłam sobie przerwę od tego opowiadania na czas nauki... i nie wiem czy dobrze zrobiłam.
Z jednej strony może nabrałam trochę świeżości, innego spojrzenia na to opowiadanie. Z drugiej, z tego samego powodu, przestało mi się to podobać. Znowu, mogłabym rzec. I teraz nie bardzo wiem co zrobić, ponieważ nie chcę tego porzucać. Pomyślałam sobie, że może to jakoś przekształcę, poprawie? Zrobię coś z tym innego? Nie wiem czy będzie to dalej "Córa Severusa", może coś innego? I tu pojawia się pytanie, czy ci co są nadal ze mną, czasami tu wpadają i jeszcze na mnie czekają, byli by zainteresowani? Czy chcieli by przeczytać inne losy Emily lub innej bohaterki w Hogwarcie? Zostawiam wam z boku ankietę, jak wpadniecie, to przeczytajcie tego posta i wypowiedzcie się, bo to dla mnie bardzo ważne. Nigdy nie miałam tylu zdeklarowanych czytelników (a nie wiem czy nie ma kogoś ukrytego) i nie chcę nikogo zawieść. Przede mną najdłuższe wakacje, mogłabym je jakoś sensownie wykorzystać.

Tak więc czekam na wasze opinie i trzymajcie za mnie kciuki w maju! 

Specjalny [część pierwsza]

 Beta: Katja

Był już czerwiec, a właściwie koniec miesiąca. Dla wielu uczniów początek dorosłego życia, do którego nie chcieli wkraczać, dla innych tylko czas przejściowy przed kolejnym rokiem ciężkiej pracy. Amelia była tą szczęśliwą, która z Hogwartem rozstawała się tylko na dwa miesiące. Po nich rozpocznie ostatni rok nauki, o którym póki co myśleć nie chciała.
Mimo dość wysokiej temperatury panującej na dworze we wnętrzu starej budowli było przyjemnie chłodno. Przez duże okna wpadały promienie słoneczne, powodując uśmiechy na twarzach młodych czarownic i czarodziejów, którzy myśleli już tylko o czasie wolnym. Wiele osób spędzało swój czas na zabawie na błoniach i ani myśleli wykonywać zadane przez nauczycieli ostatnie prace domowe. W końcu było tak przyjemnie, kto by się teraz tym przejmował.
Średniego wzrostu brunetka o jasnych migdałowych oczach schodziła właśnie schodami do lochów, gdzie miały odbyć się ostatnie dzisiejszego dnia zajęcia. Eliksiry były jej ulubionym przedmiotem, czuła się wśród nich jak ryba w wodzie, mogła stać i tworzyć wywary całymi godzinami. Nie przeszkadzał jej wtedy zaduch, śmierdzące opary i ciepło bijące z każdej strony. To był jej żywioł.
Nikt nie rozumiał jej fascynacji, dla większości uczniów te zajęcia były stratą czasu, którego nie mogli już potem wykorzystać na siedzenie na błoniach, trenowaniu Quidditcha czy uczeniu się nowych zaklęć.
– Dobrze, że to już ostatnie zajęcia. – Usłyszała za swoimi plecami.
Nie zatrzymała się, tylko uśmiechnęła szeroko. Amelia, wbrew pozorom, również cieszyła się, że wróci do domu. Nie dlatego, że stęskniła się za despotyczną matką i jej chorymi poglądami, ale dlatego, że te wakacje miała spędzić u swojej przyjaciółki Olivii.
– Już nie przesadzaj, to tylko dwie godziny. Szybko zleci – powiedziała dziewczyna, zeskakując z ostatniego schodka.
Już po chwili obie były w sali. Było to ciemne pomieszczenie; przy każdej ścianie stały komody i półki z probówkami wypełnionymi jakimiś cieczami lub słoikami ze szczurzymi ogonami albo pancernikami. W klasie jak zawsze unosił się dziwny zapach starych książek, wysłużonych już miedzianych kociołków. W środku było już sporo uczniów, przeważnie Krukoni i Puchoni, bo w końcu wspólnie mieli lekcje. Niemniej jednak obu dziewczynom mignęła zielona plama na tle żółtego i niebieskiego koloru. Amelia stanęła jak wryta, Olivia za nią i obie wpatrzyły się w wysokiego, chudego chłopaka, który jakoś specjalnie uwagi do swojego wyglądu chyba nie przykładał. Nosił wymiętoloną, trochę za dużą szatę, włosy miał posklejane, świecące się na kilometr, a twarz pokazywała okropną niechęć, jakby w ogóle nie chciał tu być.
– A Smarkerus... znaczy Snape. Co o n tu robi? – zapytała Olivka, ciągnąc przyjaciółkę do ich ławki.
Smerkurus - było to okropne przezwisko nadane chłopakowi przez Pottera i Blacka kilka lat temu. Biedak, męczył się z nimi tylko dlatego, że lubił się z rudą Evans. Ten to chyba tylko marzył o tym, aby Hogwart już opuścić, niestety musiał znosić ich jeszcze przez kolejny rok. Czasami było jej go żal, ale nie miała odwagi przygadać Potterowi, aby się zamknął. Zresztą Snape był Ślizgonem, z takimi lepiej się nie zadawać.
– Cisza! Cisza... – usłyszały w tym samym momencie, kiedy Slughorn wszedł do klasy. – Jak myślicie, co znajduje się w kociołku? – spytał. – Może panna Waiss?
Utkwiła wzrok w naczyniu, eliksir miał ładny, biało-kremowy kolor. Podeszła bliżej biurka profesora Slughorna i powąchała wywar. Zapach był bardzo słodki, usypiający. Momentalnie zachciało jej się ziewać.
– Eliksir słodkiego snu – powiedziała, wracając na swoje miejsce.
– Bardzo dobrze! To będzie waszym dzisiejszym zadaniem. Otwórzcie podręcznik na stronie 289, tam znajdziecie potrzebne wam składniki. No, to do roboty!
Tak jak kazano, otworzyła książkę na odpowiedniej stronie. Potrzebne były jej muchy siatkoskrzydłe, bezoar, rogi dwurożca i kły węża. Na szczęście wszystkie składniki stały na jednej z komód w sali, więc już po chwili miała na swojej ławce potrzebne rzeczy. Napełniła kociołek cieczą, zagrzała, a następnie dodała pierwszy róg dwurożca. Muszę zapytać profesora, co tutaj robi Snape – pomyślała, przez pomyłkę mieszając w prawą stronę pięć razy, czyli o jeden raz za dużo. Zamieszała bardzo szybko w drugą stronę, eliksir przybrał barwę zgniłej zieleni. Amelia jednak się tym nie przejęła, bo utkwiła wzrok w pracującym Severusie. Wzięła bezoar, trzeba było skupić się na zadaniu. Pokroiła go więc w kostkę i wrzuciła, a kiedy zaczęła mieszać, profesor Slughorn pojawił się obok jej ławki.
– Profesorze, co Snape robi u nas na lekcji? – zapytała, powoli mieszając dalej.
– Severus zapytał się mnie przed lekcjami, czy mógłby przyjść i czy nie byłby to dla mnie kłopot. – Profesor spojrzał na jej kociołek. – Chyba już wystarczy tego mieszania.
Amelia szybko wyciągnęła mieszadło z wody, w porę, akurat eliksir zmieni barwę na żółtą. Dodała muchy i zamieszała trzy razy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Snape garnący się tak do zajęć? Jeszcze zrobi lepszy eliksir niż ja – znowu mały głosik odezwał się w jej głowie, kiedy dodawała kolejny róg dwurożca. Spojrzała na swój wywar, a potem na wywar koleżanki. Olivii coś ewidentnie nie wychodziło, na co przewróciła oczyma, przecież wystarczyło robić wszystko według planu. Zamieszała jeszcze raz odpowiednio wywar. Znowu był zielony. Ciekawa jestem, jak idzie Severusowi. Czy tak dobrze jak mi? – pomyślała, dodając kieł węża. Zaczęła kręcić mieszadłem dalej, chwilkę to trwało, a jak skończyła, to trzeba było odczekać jakieś trzydzieści sekund, po tym czasie dodać ostatnie muchy i znów pokręcić metalową łyżką. Kolor eliksiru nie był czysto biały, raczej kremowaty, trochę brudny.
Profesor Slughorn zaczął przechadzać się po sali i sprawdzać zawartość kociołków, Amelia swój miała już skończony, więc zajęła się pomocą Olivii. Pod koniec, kiedy Horacy podszedł do dziewczyn, eliksir jej przyjaciółki miał barwę zgniłozieloną. Coś musiało pójść nie tak.
– Panno Crauthers, nie wyszło pani. Sądzę, że pomyliła pani początkową kolejność i gdyby nie pomoc panny Waiss, pewnie wybuchłoby w powietrze. Eliksir jest kompletnie bezwartościowy. Evanesco – powiedział, czyszcząc jej kociołek.
Następnie zajrzał do naczynia Amelii, popatrzył przez chwilę na nią, potem na wywar i znów na nią. Westchnął cicho.
 – Dlaczego nie trzymała się pani wskazówek, panno Waiss? Chyba źle mieszałaś, musi pani uważniej czytać polecenia – powiedział odchodząc.
Amelia poczerwieniała na twarzy. Obserwowała profesora, jak podchodzi do Severusa i chwali go na całą klasę za genialnie przygotowany wywar i za idealne pokrojenie składników. Chłopak spuścił głowę, ale widać było po nim, że uśmiecha się sam do siebie. Waiss myślała, że jej żyłka pęknie. Nie wierzyła, że ktoś może być lepszy w eliksirach od niej, nie w tej grupie. Teraz przez niego wszyscy stracą do niej szacunek, bo nie będzie już tą najlepszą.
– Panie profesorze, ja już pójdę – powiedział Snape pakując się. 
– Dobrze, Severusie... A teraz, moi drodzy, proszę otworzyć podręcznik na 290 stronie i przeczytać wykorzystywanie eliksiru słodkiego snu.
Amelia przerzuciła kartkę, wbijając wzrok w Severusa, który chyba to wyczuł, bo kiedy mijał ją, chcąc opuścić salę, prychnął tak, żeby tylko ona to słyszała.

– Na brodę Merlina, Amelia, uspokój się! – krzyczała Olivia, kiedy wspinały się pod chodach na wyższe piętra już po skończonej lekcji.
– Jak mam się uspokoić? Ośmieszył mnie przed całą grupą! – zawołała, stając na półpiętrze.
Olivia przez chwilę nie wiedziała, o co chodzi, dopiero po tym jak się rozejrzała, zauważyła Severusa schodzącego po schodach, obładowanego książkami. Stały tak obie, zagradzając drogę na dół, Snape musiał przystanąć. Popatrzyli na siebie, chłopak z widoczną wyższością, Amelia natomiast ze złością. Nie wiadomo, ile by tak stali, gdyby dziewczynę od tyłu nie złapał Robter Tallwood, szukający drużyny Ravenclawu. Amelia chcąc nie chcąc odwróciła się od Snape'a i zarzuciła chłopakowi ręce na ramiona. Od razu stała się inna – miła, słodka, bardzo dziewczęca.
 – Twój kolejny chłopak, Waiss? – zapytał Severus ze złośliwym uśmiechem na ustach.
– Zjeżdżaj stąd, Smarkerusie! – powiedział chłopak, sięgając już po swoją różdżkę.
– Szmata – skwitował Snape, ale zanim ktokolwiek coś zrobił, już go nie było. 
***
 Tak jak obiecałam, rozdział specjalny o życiu Amelii i Severusa. Króciutko, wiem, zaledwie dwie strony w wordzie, ale akurat przy tym mi to nie przeszkadza. Podoba mi się w miarę ten rozdział, mam nadzieję, że wam też przypadnie do gustu. Rozdział sprawdziła Katja, za co bardzo dziękuje <3 div="" nbsp="">
Nie wiem kiedy pojawi się kolejny, już szósty, rozdział. Ostatnio cierpię na brak weny. Albo otwieram dokument i w tym samym momencie go zamykam, albo piszę dwa czy trzy zdania i to tyle jeśli chodzi o moją dzisiejszą pracę. Cóż, trochę poczekamy.
Póki co pozdrawiam was wszystkich i zachęcam do komentowania :)

[05] To był dobry moment na wizytę w domu

03.11
Martwi mnie fakt, że nie widzę żadnych komentarzy pod najnowszym rozdziałem? Coś z nim nie tak, że nikt nie chce komentować? Nikt tu nie wchodzi? Nikogo już moje opowiadanie nie interesuje? Bo nie wiem, czy pisać to dalej dla was, czy to nie ma kompletnie sensu. Bo jakbym chciała to pisać tylko dla siebie, to bym tego nie publikowała. A nie lubię czegoś robić i nie mieć z tego żadnej satysfakcji.



Beta: Katja

Nie spodziewałam się takiego spotkania. Już dawno pogodziłam się z tym, że swoją najlepszą przyjaciółkę zobaczę dopiero w Hogwarcie, a tu, o dziwo, stała ona przede mną z szerokim uśmiechem na twarzy. Patrzyła na mnie równie zaskoczona, co ja na nią, pewnie tak jak ja nie spodziewała się tego spotkania. Nie czekając na nic, przytuliłam ją do siebie, byłam tak strasznie szczęśliwa, aż się popłakałam. Łzy spłynęły mi po policzkach i zniknęły w gąszczu jej blond loków. Kiedy się w końcu od siebie oderwałyśmy, przyjrzałam się jej dokładnie, jakbym nie widziała jej co najmniej od roku. To nic, że rozstałam się z nią miesiąc temu na peronie, dla mnie był to jednak strasznie długi okres czasu, ostatnie trzydzieści dni okropnie się dłużyło. Moja przyjaciółka jednak nic się nie zmieniła. Alice Walker, średniej wielkości blondyneczka o pięknych niebieskich oczach. Jej włosy zawsze zawijały się w śliczne sprężyste loki i często żałowałam, że moje nigdy się tak nie układały. Alice była najlepszą dziewczyną na świecie. Przebojowa, z tysiącem pomysłów na godzinę. Dla swoich znajomych bardzo miła i kochana, czasami zastanawiałam się, skąd ona bierze w sobie tyle pokładów tej dobroci. Nie lubiła, gdy ktoś jej przeszkadzał, swojej racji broniła jak lwica, mimo że czasami jej nie miała. Nie lubiła przyznawać się do błędów, które zresztą przez swoje roztargnienie często popełniała. Wydaje mi się, że ludzie w szkole nas lubili i liczyli się z naszym zdaniem, nie miałyśmy też wrogów ani większych spięć z innymi uczennicami. No, nie licząc pary zarozumiałych Ślizgonek.
 –  Emily! – krzyknęła blondynka. – Pisałam do ciebie, tyle listów wysłałam, a ty na żaden mi nie odpisałaś. Tą samą sową wracały one do mnie z powrotem – żaliła się, patrząc na mnie swoim surowym wzrokiem.
Nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć, żadnych listów nie dostałam. I teraz nie wiedziałam, czy to sowa nie potrafiła mnie znaleźć, czy też profesor Snape żadnego listu do mnie nie odbierał. Było mi trochę głupio, na pewno musiała się bardzo martwić, a ja jej w ogóle nie poinformowałam. Ach, trzeba było wtedy wysłać jej list. W tej chwili jednak nie było to już ważne. Musiałam jakoś wybrnąć z tej sytuacji, nie chciałam jej wszystkiego opowiadać tutaj, wiedziałam, że powinnam, ale nie tu, nie na środku ulicy, gdzie ktoś mógł nas podsłuchać. Nie wiedziałam też, czy powiedzieć jej całą prawdę. Bałam się jej reakcji. Nie wiedziałam, jak zareaguje, to dla mnie to duży szok, a co dopiero dla niej.
 –  Naprawdę? Bo w sumie nie było mnie u babci... ale chyba nie będziemy o tym rozmawiać tutaj – powiedziałam dosyć szybko, trochę się zdenerwowałam.
Alice spojrzała na mnie niepewnie, wyczuła, że coś jest nie tak, wydawało mi się często, że ona zawsze wszystko wiedziała, ale przyjęła to do wiadomości, kiwając delikatnie głową. Chyba postanowiła zmienić temat, bo na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech.
 –  Tak? Byłaś w końcu w tej Francji? Myślałam, że skoro twoja mama umarła... - zaczęła, w połowie zdania się zacinając.
 –  Spokojnie – powiedziałam cicho. – Wiesz co, chodźmy na lody.
Alice zgodziła się i obie ruszyłyśmy w stronę Lodziarni Floriana Fortescue. Był to mały sklepik niedaleko przejścia pomiędzy Dziurawym Kotłem a Pokątną. Utrzymany w dojść jasnych, cukierkowych kolorach, a nad drzwiami stały zaczarowane dzieci, które, zajadając lody, machały do przechodniów i zachęcały ich do wejścia do środka. Kiedy już się tam weszło, trafiało się do wspaniałej krainy smaków i zapachów, chociaż nie tak cudownej, jaką było Miodowe Królestwo. Za drewnianą ladą stał pan Florian wraz ze swoim pomocnikiem i z radością obsługiwał kupujących. Obydwie podeszłyśmy do niego i zaczęłyśmy wybierać smaki lodów które chciałyśmy kupić.
 –  Co dla pań? – zapytał, posyłając każdej z nas uroczy uśmiech.
 –  Dwa razy po jednej gałce, jedna czekoladowa, druga wiśniowa – powiedziała Alice, podając mu odliczoną kwotę pieniędzy.
Nie musiałyśmy długo czekać, już po chwili siedziałyśmy przy stoliku zaraz pod ścianą, tak, że miałyśmy dobry widok i na ulicę, i na wejście do sklepu. Zapadła niezręczna cisza. Ja nie wiedziałam, jak zacząć, Walker też nie wiedziała, jak mnie o wszystko wypytać, a widziałam po niej, że ją korci. Ciekawość, to była jej najgorsza cecha. Zawsze wszystko chciała wiedzieć, czasem było to bardzo pomocne, a czasem denerwujące.
 –  Jak ci mijają wakacje? – zapytałam w końcu, chcąc przerwać tę ciszę.
Blondynka od razu zaczęła mówić. Okazało się, że spędziła ten czas z rodziną w swoim domku letniskowym. Poznała tam młodego czarodzieja, który ją podrywał, a ona miała wielką radochę z rozmowy z nim. Mimo miło spędzonego czasu, niektóre kwestie różniły ich przez jego pochodzenie z Durmstrangu i przedstawiane przez niego wartości moralne. Jak wiadomo, w jego szkole uczono czarnej magii, co niestety Alice się nie podobało, a on będąc zbyt wylewnym, nie zachowywał tych informacji dla siebie. Zresztą, jak sama Alice stwierdziła, wyszło w końcu na to, że chodziło mu tylko o jej wygląd, a kiedy opowiadała o Hogwarcie, to ten zamiast jej słuchać, patrzył tylko na jej piersi. Słuchając tych opowiadań, na chwilę zapomniałam o tym, co mnie spotkało. Cieszyłam się, że dziewczyna spędziła miło wakacje i że nie dała się zbyt pewnemu siebie chłopakowi, który, jak to określiła Walker, z twarzy przypominał bardziej pawiana niż człowieka. Kiedy jednak Alice skończyła, na mojej twarzy pojawiły się dziwny smutek i ból, których mimo największych starań nie potrafiłam ukryć.  
 –  Emily, co się dzieje? – zapytała w końcu blondynka. – Nie martw się, wszystko się ułoży.
 –  Nic się nie ułoży – odpowiedziałam z wyczuwalną złością w głosie.
Trochę się uniosłam, ale, mimo że bardzo cieszyłam się szczęściem przyjaciółki, trochę jej zazdrościłam, co wpłynęło na moje zachowanie. Alice chyba cały czas myślała, że chodzi tylko i wyłącznie o śmierć matki. Teraz jednak było coś więcej. Snape, mieszkanie samej w Dziurawym Kotle, zniszczone wyobrażenie idealnej matki przez kilka zdań wypowiedzianych przez profesora. Chyba wolałam żyć w przekonaniu, że moja mama była najlepszą kobietą pod słońcem, niż ze świadomością, że zachowywała się tak, jak to on określił. Pyszna, zabawiająca się uczuciami innych? Z moich ust wydobyło się ciche prychnięcie. Podparłam łokcie o stół, na dłoniach położyłam brodę, wpatrzyłam się przed siebie, przypominając sobie, że za kilka godzin znowu zostanę sama.
 –  Emily, co się dzieje? – Dziewczyna zapytała ponownie.
Alice siedziała obok i wpatrywała we mnie, powoli zajadając swoje lody. Czuła, że nie chcę rozmawiać na ten temat, ale była bardzo przejęta i chciała, abym jej powiedziała co się dzieje. W sumie to jej współczułam, nie chciała mnie denerwować, ale ciekawość wygrywała.
Coś mnie tknęło, czułam się tak, jakbym miała się zaraz rozpłakać. Miałam dość siedzenia w tym cukierkowym, słodkim królestwie i przyglądania się rozbawionym dzieciom, którzy wraz z rodzicami przyszli tu, aby zjeść lody. Ich szczęście denerwowało mnie. Wstałam, przeszłam obok przyjaciółki i jak gdyby nigdy nic wyszłam z lodziarni. Zdezorientowana dziewczyna wybiegła za mną, ale nie zatrzymałam się. Poczułam, że muszę się przewietrzyć, odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Naciskanie Alice, rozbawione twarze młodych przyszłych czarodziei sprawiło, że znowu mój humor, jakikolwiek on nie był, prysnął jak bańka mydlana. Szłam przed siebie, sama nie wiedząc dokładnie, dokąd. Kroczyłam powoli, tak, że Alice spokojnie mnie dogoniła. Kiedy to zrobiła, nie odezwała się do mnie słowem. Wyszłyśmy z Pokątnej, przeszłyśmy przez Dziurawy Kocioł i wyszłyśmy na niemagiczną część Londynu.
Ulice jak zawsze tętniły życiem, ludzie śpieszyli się gdzieś, na chodnikach był więc tłok, który strasznie mnie denerwował. Samochody stały w korkach, co chwilę trąbiły klaksony, kierowcy krzyczeli albo ogłuszał nas sygnał jeżdżących mugolskich uzdrowicieli w pojazdach, które próbowały przecisnąć się przez podwójny wężyk samochodów.
Poszłyśmy chodnikiem, przeszłyśmy przez jedne pasy, potem drugie. Po kilkunastu minutach trafiłyśmy do parku niedaleko mojego domu. Lubiłam to miejsce, kiedy byłam mała, często bawiłam się w nim z innymi dziećmi. Mama nie robiła mi problemów, że spędzam czas z mulogami, a i ja miałam zabawę. Od jej śmierci nie byłam w domu, bałam się tam iść sama, między innymi dlatego nie przyszłam tutaj, kiedy babcia wyrzuciła mnie na bruk. Czułam jednak, że dzisiaj jest to odpowiedni moment.
 –  Opowiem ci wszystko, ale w domu. Pójdziesz ze mną? – zapytałam.
Alice zdziwiona spojrzała na mnie, na początku chyba nie zrozumiała sensu moich słów, ale po chwili zgodziła się. Przeszłyśmy więc przez park, do którego trafiłyśmy, i stanęłyśmy przed starym szeregowcem. Zbudowany z czerwonej, już kruszącej się cegły, dach pokryty był czarną dachówką, zaś przed wejściem do domów stały małe ogródki, którymi gospodarze mogli się zajmować. Mój nie był jakoś specjalnie ukryty, stał pomiędzy dwoma innymi należącymi do mugoli.
Akurat kiedy szukałam w torebce klucza, drzwi sąsiadów otworzyły się. Na dwór wyszła dziewczyna w moim wieku. Widząc mnie, pomachała mi i podbiegła bliżej.
 –  Och, Emily! Tak strasznie mi przykro z powodu twojej mamy. Chcieliśmy iść na pogrzeb, ale nie wiedzieliśmy, gdzie się miał odbyć – mówiła dziewczyna, chcąc usprawiedliwić swoją i rodziny nieobecność.
 –  Dziękuję, to było daleko, moja babcia wszystko organizowała – odpowiedziałam uprzejmie, musiałam jednak szybko zakończyć tę rozmowę. – Wiesz, w sumie to się śpieszę.
Dziewczyna posmutniała, wiedziałam, że potraktowałam ją trochę zbyt ostro, ale tak będzie dla niej lepiej. Czułam, że więcej się nie spotkamy. Zrozumiała chyba tę sytuację. Powiedziała coś jeszcze, że w sumie ona też jest umówiona z chłopakiem i musi już iść. Przytuliła mnie, pocałowała w policzek, a potem odeszła. Było mi przykro, od małego bawiłam się z nią na podwórku, ale niestety, takie było życie.
 –  Kto to? – zapytała Alice, kiedy dziewczyna zniknęła za rogiem.
 –  Koleżanka z dzieciństwa – odpowiedziałam.
W końcu znalazłam klucz, przeszłam przez furtkę, wspięłam się po małych schodkach i stanęłam przy drzwiach. Otworzyłam je, a następnie weszłam wraz z przyjaciółką do środka.
Było to naprawdę ładnie urządzone miejsce. Stałam w przedpokoju, w małym, podłużnym pomieszczeniu ze schodami na górę. Na ścianach wisiało dużo ruchomych obrazów, w kątach stały rośliny, które pokryły się warstewką kurzu. Przez dłuższą chwilę patrzyłam przed siebie, nie bardzo wiedząc od czego zacząć. Do moich nozdrzy dotarł bardzo przyjemny, dobrze mi znany zapach, który powodował ucisk w gardle i momentalną chęć rozpłakania się. Przecież to właśnie tym zapachem pachniała mama. Wzięłam kilka głębszych wdechów, rozejrzałam się, blondynki nie było obok mnie. Weszłam do salonu. Alice siedziała na kanapie i wpatrywała się w wyłączony telewizor, po chwili wstała i zaczęła krążyć po pokoju, przyglądając się kolejnym zdjęciom. Walker była już tu kiedyś, spędziła ze mną całe wakacje kilka lat temu i miała okazję poznać moją mamę. Jednak od jej ostatniego pobytu tutaj dużo się zmieniło.
 –  Emily – powiedziała Alice. – To ty?
Przeszłam przez cały pokój, podeszłam do niej i spojrzałam na zdjęcie. Przedstawiało ono mnie i mamę w ostatnie święta, miałam ładnie ułożone włosy, więc może dlatego Alice mnie nie poznała.
Po policzku popłynęły mi łzy. Zdjęłam obraz z ściany i przytuliłam go do siebie. Znowu się rozpłakałam. Przyłożyłam czoło do ramienia przyjaciółki, licząc na to, że zostanę przytulona. Tak bardzo brakowało mi ciepłego dotyku, którym byłam obdarzana przez mamę. A ten Snape mówił, że była ona zupełnie inna. W ogóle jej nie znał!
Blondynka widząc, że przytulam się do niej zapłakana, objęła mnie ramieniem. Zaprowadziła mnie do kanapy, usiadłyśmy na niej, dziewczyna pozwoliła mi się uspokoić. Patrzyłam przed siebie, tak jak ona jeszcze przed chwilą, w telewizor. Pokój ten, nie licząc ruszających się zdjęć, wyglądał całkiem mugolsko. Wcześniej wspomniany telewizor, który bez większych problemów odbierał zwykłe programy, meble kupione w mugolskich sklepach, niebieskie firanki zwisające od sufitu aż do ziemi. Bardzo lubiłam to pomieszczenie, nigdy się ono nie zmieniało, ale nigdy też mi się też nie znudziło. Uwielbiałam je, po prostu.
Kiedy w końcu się jakoś uspokoiłam i odsunęłam od przyjaciółki, i rozejrzałam się po obrazach. Wszystkie postacie na nich patrzyły na mnie z żalem, nie wiedząc chyba za bardzo, co mają powiedzieć. Były to zdjęcia przede wszystkim rodziny, która nie odsunęła się od mamy i zawsze nas wspierała, większość już niestety nie żyła.
 –  Emily, podejdź tu – usłyszałam.
Odezwała się do mnie ciocia Betty. Wstałam z kanapy i podeszłam bliżej.
 –  Tak bardzo nam przykro, ale musisz być silna. Rozumiesz? Jeśli będziesz kiedyś potrzebować pomocy, to pamiętaj, że masz nas – powiedziała, na co ja pokiwałam delikatnie głową. – Może jesteśmy obrazami, ale mamy swój rozum i zawsze ci pomożemy.
Słowa cioci były dla mnie naprawdę ważne, cieszyłam się, że chociaż część rodziny jest ze mną. Nie to, co moja babcia.
 –  Chodź na górę – powiedziałam do Alice.
Obydwie weszłyśmy na piętro. Korytarzyk tutaj był bardzo podobny do tego na dole. Na przeciwko schodów znajdowało się wejście do pokoju mamy. Nie dałam rady oprzeć się i weszłam do środka.
Bywałam tam dosyć rzadko, ponieważ już dawno przestało interesować mnie to, co mama trzymała w swoim pokoju. Wychodziłam z założenia, że to jej rzeczy i mi nic do tego. Tak samo ja jej nie pozwalałam wchodzić bez pytania do siebie, tak więc teraz nie bardzo wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu do pomieszczenia, to zielone ściany. Takiego koloru mama sobie kiedyś zażyczyła, stwierdzając, że przecież zielony uspokaja. W pokoju stały jasne meble, duże dwuosobowe łóżko zajmowało ponad połowę wolnej przestrzeni, a podłoga była wyłożona drewnem. Na ścianach i na komodzie stały kolejne zdjęcia z każdego etapu mojego życia. Od narodzin, pierwsze pójście do Hogwartu, pierwszy przelot na miotle w wakacje po pierwszej klasie, wyjazd do Stanów i kolejne z ostatnich świąt. Widząc to poczerwieniałam, nie spodziewałam się takiej ilości pamiątek na wierzchu. Kiedy ostatni raz tu byłam, tyle tego tu nie było. Musiała mnie bardzo kochać, skoro to wszystko wystawiła. Znów poczułam, że zaraz się rozpłaczę, widok mnie nieświadomej tego, co się niedługo wydarzy i roześmianej twarzy mamy sprawiał mi okrutny ból. Wchodzenie do tego pokoju nie było chyba najmądrzejszym pomysłem. Zerwałam się z miejsca i wyszłam stamtąd szybciej, niż tam weszłam.
Wpadłam do swojego pokoju, rzuciłam się na łóżko i ukryłam twarz w poduszkach. Dookoła zaczęły unosić się drobinki kurzu i to właśnie przez ciche kichnięcie zorientowałam się, że nie jestem już w pokoju sama. Alice weszła do pomieszczenia za mną, usiadła na łóżku obok i gładząc mnie po głowie, rozglądała się. Od jej ostatniej wizyty tutaj nie zmieniło się zbyt wiele. Te same jasnofioletowe ściany, duże, dwuosobowe łóżko, szafa, komoda i biurko. Żaden nowy sprzęt nie przybył, nic też nie ubyło. No, może tylko ściany były inaczej udekorowane proporczykami Ravenclawu zdjęciami zrobionymi w szkole i obrazami.
 –  Opowiesz mi w końcu, co się dzieje? – zapytała Alice, kładąc mi rękę na ramieniu.
Popatrzyłam na nią i westchnęłam cicho. Skoro obiecałam, to nie mogłam się teraz nie wywiązać. Bałam się tego jednak, nie wiedziałam, jak zareaguje, to mógł być dla niej wielki szok, tak jak dla mnie wtedy. Podniosłam się, usiadłam naprzeciwko niej i zaczęłam bawić się narzutą, gniotąc kawałek materiału w dłoni.
 –  Ja nie mieszkałam z babcią w te wakacje – powiedziałam szybko. – Wyrzuciła mnie z domu zaraz po pogrzebie.
Nie patrzyłam Alice w oczy, nie wiedziałam, jak zareagowała na pierwszą część opowieści. Nie mogłam powiedzieć jej od razu wszystkiego, to byłoby zbyt dużo, a informacje przecież trzeba dawkować.
 –  Ja nie wiem, jak ja mam ci to opowiedzieć – zaczęłam. – Na pogrzebie dostałam list od mamy, z którego dowiedziałam się, że mój ojciec wcale nie żyje, tylko...
Nie mogło mi to przejść przez gardło, Alice chwyciła mnie za ramię i szarpnęła trochę za mocno, bo aż mnie zabolało. Chciała mnie popędzić, chciała, abym w końcu to wszystko z siebie wykrztusiła.
 –  No mów! – ponagliła mnie.
 –  Profesor Snape jest moim ojcem. Nie wiedziałam tego, w liście też nie było napisane! Ale był adres... a ja tam pojechałam. A to był jego dom – powiedziałam w końcu.
Z ust Walker wydobył się cichy jęk, szybko zasłoniła je dłonią. Popatrzyłam na nią w końcu ze łzami w oczach, ale ona już nie siedziała obok mnie. Wstała, zaczęła krążyć po pomieszczeniu. Wyglądała na naprawdę zdezorientowaną, to chodziła, to przystawała, patrzyła na mnie, zaczynała kręcić nerwowo głową i znów zataczała kółko, aby po raz któryś z kolei minąć mnie w czasie swojej przechadzki. Chwilę to trwało, ja się nie odzywałam i ona też nie. Położyłam się na łóżku, skuliłam i patrzyłam przed siebie trochę otępiałym wzrokiem.
 –  To nie możliwe... Profesor Snape twoim ojcem? Znaczy chodziły plotki, że... – zaczęła, szybko przerywając.
 –  Plotki? – zapytałam.
Momentalnie się podniosłam. Nigdy przecież nie słyszałam o żadnych plotkach, a ona nagle wyskakuje mi z takim czymś, jakbym miała mało problemów na głowie. Zmarszczyłam brwi, patrzyłam na nią, nie wiedziałam, czy z większą ciekawością, czy zdenerwowaniem.
 –  No, kilka lat temu coś gadali, że jesteś do niego podobna. No i talent do eliksirów, mówią, że jesteś lepsza niż Granger.
Westchnęłam cicho, czyli jednak było coś widać. Ja podobieństwa nie znalazłam, może dlatego, że swoją twarz znałam od zawsze? Dziwiło mnie, że nic takiego do mnie wcześniej nie dotarło, chyba bardzo dbali o to, żebym niczego się nie dowiedziała. Spojrzałam ze złością na Alice, nie bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. W końcu wzięłam głębszy wdech, musiałam wyjaśnić z nią jeszcze jedną sprawę.
 –  Po pierwsze – zaczęłam – dlaczego mi nic nie powiedziałaś?
 –  Przepraszam – odpowiedziała tylko.
 –  Heh, zresztą nie ważne. Po drugie, pamiętaj, nikt nie może się o tym dowiedzieć. Ani twoi rodzice, ani nikt ze szkoły, rozumiesz? To bardzo ważne.
Alice pokiwała głową; miałam nadzieję, że zrozumiała, że nikt to naprawdę znaczy nikt.
W domu spędziłyśmy jeszcze kilka godzin, wzięłam trochę więcej swoich rzeczy, trochę posprzątałam, podlałam rośliny. Alice, speszona informacjami, które mi przekazała, zaszyła się w salonie i pooglądała mugolską telewizję, twierdząc, że nieprędko będzie miała znowu taką okazję.
Po południu stałyśmy już przed domem, w dłoni trzymałam dodatkową walizkę z ubraniami. Alice poszła na zwiady, sprawdzić, czy aby na pewno nikt nam się nie przygląda, a ja postanowiłam zabezpieczyć jakoś dom przed ciekawością mugoli.
 –  Colloportus – powiedziałam, celując w zamek od drzwi.
 –  Idziemy? – zapytała mnie Alice.
Kiwnęłam głową, a następnie ruszyłyśmy w stronę jednej z pustych uliczek. Alice stanęła na krawężniku i wyciągnęła przed siebie różdżkę.
 –  Może pojedziesz do mnie do domu? – zapytała Walker.
 –  Nie wiem czy mogę, profesor Dumbledore kazał mi zostać w Dziurawym Kotle. I tak cudem udało mi się wyrwać z domu profesora – odpowiedziałam. – Spotkamy się na peronie. Będę pisać.
Błędny Rycerz pojawił się w tej samej chwili, podeszłam do przyjaciółki, przytuliłam ją bardzo, bardzo mocno, a następnie obserwowałam, jak wsiada do pojazdu i odjeżdża. Ja nie pojechałam razem z nią, zaraz i tak musiałabym wysiadać, a chwila spaceru na pewno dobrze mi zrobi. Było mi tylko przykro, że nie mogę spędzić z nią reszty wakacji, ale tak będzie lepiej dla niej. Nie chciałam psuć jej ostatniego miesiąca swoim złym humorem.

***
W końcu rozdział jest. Zbetowany przez nową betę, Katję, której za to bardzo dziękuje. Z bety Taimi zrezygnowałam, bo przepraszam bardzo, ale czekanie trzy tygodnie na jakikolwiek odpis, to trochę zbyt długo. I tak się zresztą nie doczekałam. Standardowo, jeśli widzicie jeszcze jakiś błąd to mówicie, jest już u mnie dwunasta w nocy i mogłam coś przeoczyć. Mam nadzieję, że nie, ale jeśli jednak, to przepraszam. Nowy rozdział, specjalny, o życiu matki Emily i Severusa powinien pojawić się za jakiś miesiąc. Ciągle, praktycznie dzień w dzień siedzę i się uczę z biologii i chemii. trochę tego jest.
A już tak na sam koniec, pragnę wam przypomnieć, że zapraszam was wszystkich na forum, którego bannery rozrzucone są po całym blogu. Szukamy postaci kanonicznych, aktualnie jet bal halloweenowy, zaraz potem będzie lekcja i spotkanie klubu Ślimaka prowadzone przeze mnie, tak więc chętnych zapraszam!
Pozdrawiam was wszystkich serdecznie i do zobaczenia!
Szablon by
InginiaXoXo